Gościnne występy

Nawet gdyby zespół teatru był najlepszy, stali widzowie potrzebują czasami odmiany. Pewnie dlatego wymyślono gościnne występy różnych artystów i zaproszonych grup. Sylwia była przed kasą nieco wcześniej niż zwykle. Kolejka mogła zapowiadać świetny wieczór. Żeby tylko starczyło biletów, bo to nie Zakopane, gdzie wpuszcza się wszystkich. Sukces, co prawda balkon, ale jest. Cena przeraziła Sylwię na ułamek sekundy, bo nie było karnetowej ulgi, ale trudno.

Na pustej, przyciemnionej scenie stały z boku trzy sześciany, jak się okazało, były to taborety. Bohaterowie wieczoru wnieśli bezszelestnie to, co mieli najcenniejszego- swoje ciała, gitarę i dwa proste, wykonane jakby własnym sumptem ze źle wyprawionej skóry, bębny. Dwaj muzycy wywołali u Sylwii nieprzyjemne wrażenie. Ich niechlujne podkoszulki i jakby drelichowe portki, według niej, zupełnie nie nadawały się na scenę. Już wkrótce miało jej to przestać przeszkadzać.

Mistrz zajął taboret najbliżej widowni i zamarł w bezruchu. Nie miał pięknej twarzy jak niektórzy Hiszpanie, nieco przerzedzone włosy były zebrane w kucyk. Wymykający się spod kontroli brzuch zasłaniały falbanki długiego żabotu. „Jak on to robi, że materiał koszuli nie ujawnia oddechu?”- pomyślała Sylwia. Poza tym przesunęło się przez jej świadomość drobne rozczarowanie. Flamenco w wersjach telewizyjnych bywało widowiskiem pełnym barw ze względu na stroje tancerek. Tu miało być zupełnie ascetycznie.

Pierwszy „obudził się” gitarzysta. Wibracje strun przeniknęły powietrze i ziemię, a od niej zaczęły wrastać w stopy mistrza i opanowywać kolejno coraz wyższe partie ciała. Gdy rozpoczął swój trans perkusista, było wiadomo, że to on poprowadzi wzrost tej przedziwnej rośliny aż do końca. Oto naczynie zwane ciałem wypełniło się rytmem, wewnętrzną wibrującą siłą, która dotarła aż do czubka głowy i nie znajdując ujścia, kazała tej roślinnej jeszcze formie oderwać się od podłoża. Przez serię kolistych, ptasich rytuałów, gdzie nie brakowało zmagań z niewidzialnym przeciwnikiem, mistrz poprowadził widzów w dziki, zwierzęcy świat.

Sylwia patrzyła jak zahipnotyzowana. Nie tylko ona. Oto jeden tancerz zawładnął bez reszty umysłami kilkuset widzów. Nikt nie ośmielał się drgnąć, by nie zmącić tego transu. Nieokiełznane instynkty wyciskały z ciała tancerza strumienie potu. Już dawno gumka spinająca włosy nie wytrzymała, więc można było śledzić kapiące krople. Czasami błyskał w nich refleks jak w iskrzącym futrze drapieżnika. To dzikie zwierzę łaknęło krwi. I wtedy nastąpiło coś, co nie mogło być wyreżyserowane, chociaż tego Sylwia nigdy nie będzie wiedziała na pewno. W jednym z szaleńczych skrętów, kiedy dłoń uderzała o dłoń, tancerz się skaleczył. Brocząca ręka znaczyła ślady czyjegoś losu na śnieżnobiałej koszuli. To już był ludzki los. Wchłaniał jak w rondzie wszystko, co zostało wytańczone poprzednio i dodawał, dodawał, dodawał coś wyższego, piękniejszego, tylko czy lepszego? Przybywało zygzaków na żabocie, a nikt z pracowników teatru nie ośmielił się przerwać występu. Przecież wystarczyłoby zakleić ranę prowizorycznym plasterkiem. Tylko czy wtedy dałoby się powrócić do przerwanego, ekstatycznego transu? To skaleczenie wyglądało na przypadkowe, ale w teatrze jak w życiu nigdy nic nie wiadomo na pewno. Sylwia nie zapamiętała nazwiska tego mistrza flamenco, ale czy to ma jakieś znaczenie?

Długo jeszcze czuła w sobie rytm, którym tancerz i perkusista podzielili się z całą widownią. Cóż to był za perkusista. Nawet taborety oddawały mu sto wariantów dźwięku, a chwilami także deski podłogi. Pomyślała z czułością o pewnym gitarzyście. Ciekawe, czy ten na scenie też ma opuszki palców zdarte niemal do kości i powleczone zastępczym zrogowaciałym naskórkiem? Na pewno nawet na próbach nie używał żadnych plastikowych kostek. Taka muzyka wymaga ofiar i dławiłaby się sztucznością.

Nie trzeba chyba dodawać, że była owacja na stojąco. Dla Sylwii mały koszmar, przecież miała miejsce tuż za barierką balkonu. Z trudem pokonała lęk wysokości…

13.03.10

Ze zbioru małych próz, sylwy współczesnej, Sylwia rerum, wydanejw 2018 roku przez Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki, s.145